Uzdrowienie z pourazowego guza twarzy

Opublikowano w 5 czerwca 2026 15:12

Patrzyłam na swoje karykaturalnie wykrzywione odbicie w lustrze. Pulsujący ból i problem z otworzeniem lewego oka przypominał mi dotkliwie, że to nie lustro jest winne. Opuchnięta, zniekształcona twarz była teraz moją rzeczywistością. Byłam tak niepodobna do siebie. Nie mogłam uwierzyć, że ten jeden mały błąd, jedno potknięcie mogło spowodować coś takiego.  7 dni wcześniej miałam wypadek. Grałam w halową piłkę z przyjaciółmi. Rzuciłam się, by obronić bramkę, a w tym czasie osoba, która kopnęła piłkę straciła równowagę i upadła na mnie dobijając moją głowę kolanami do posadzki. Mogło się skończyć o wiele bardziej tragicznie. Mogłam już nie żyć.

POLAŁA SIĘ KREW

W chwili zderzenia z podłogą nie doszło jednak do żadnego złamania czy nawet wstrząśnienia mózgu. Wszystkie obrażenia skoncentrowały się na tkankach miękkich mojej twarzy. Z nosa polała się krew, spuchłam, powieka przestała się otwierać - z minuty na minutę rósł obrzęk i krwiak. Moja twarz nie była już moją. Stała się groteskowo powykrzywianą karykaturą. Jakby była odbiciem w krzywym zwierciadle. Miejsce zbicia pulsowało. Starta skóra bolała. Z kącika oka sączyła się krew. Tak wyglądała masakra.

"Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy, i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać."

NA IZBIE PRZYJĘĆ

Przez prawie 2 godziny się trzymałam. Powtarzałam, że jestem uzdrowiona ranami i sińcami Jezusa, że nic mi nie jest. Ale jednocześnie postanowiłam pojechać na SOR. Z taką twarzą (w dodatku w sylwestrową noc) trudno mi było przekonać ludzi, że moja historia jest całkiem niewinna. Nie jestem patologiczną ofiarą przemocy domowej ani nie spadłam ze schodów w czasie alkoholowej libacji. Byli ludzie, od których wyczuwałam wyraźną wzgardę i niechęć. Dla nich byłam problemem, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć. Niestety nie wypuścili mnie szybko. Przechadzałam się z coraz bardziej opuchniętą twarzą (nawet czołem) po pustych korytarzach szpitala, czekając na lekarza. Ból narastał, a skóra ledwo wytrzymywała powiększający się obrzęk. 

"Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu, jak ten, przed którym zakrywa się twarz..."

TAK WESZŁAM W NOWY ROK

Siedząc w gabinecie chirurga z pulsującą i wciąż przybierającą na objętości twarzą, powitałam nowy rok. Lekarz wypisywał mi skierowanie na tomografię komputerową, jakby wynik badania miał mieć jakieś znaczenie. Wiedziałam, że żadna moja kość nie jest złamana a moje oko jest sprawne, bo taka myśl pojawiła się we mnie tuż po wypadku. Poza tym w mojej sprawie już zapadł sprawiedliwy wyrok. Moja historia na oddziale ratunkowym trwała prawie 3 godziny. W tym czasie głównie czekałam na wyniki badania TK i nie miałam możliwości chłodzenia obrzęku. Miałam za to Prawdę, długie szpitalne korytarze i usta, które mogły ją wyznawać. Dlatego chodziłam w tą i z powrotem ogłaszając to, co już się wykonało i powołując się na moc zmartwychwstania, która działa we mnie odkąd narodziłam się na nowo z Bożego Ducha.
"Lecz On nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie... Lecz On zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a Jego ranami jesteśmy uleczeni".

A MOŻE JEST LEPIEJ?

Nadszedł kolejny dzień. Poszłam do łazienki, by sprawdzić, jak się rzeczy mają. Wbrew temu, co czułam fizycznie, chciałam dostrzec jakieś zmiany na lepsze. Jednak to, co zobaczyłam prawym okiem (bo lewe było nadal mocno spuchnięte i zalepione ropą i zaschniętą krwią), sprawiło mi ból. Wyglądałam gorzej niż w nocy po przyjeździe ze szpitala. Opuchlizna była na swoim miejscu a dodatkowo pod skórą w różnych miejscach pojawiły się krwiste wylewy. Wyznanie o tym, że jestem uzdrowiona ranami i sińcami Jezusa nie schodziło mi z ust. Jednak przez kolejne dni spoglądałam w lustro z nadzieją, że będzie lepiej i odchodziłam z zawodem. „Dlaczego nic się nie wydarza? Dlaczego, mimo dobrego wyznania, nie doświadczam cudu?” – zadawałam sobie te pytania i czułam, jak uchodzi ze mnie wiara.

WALKA Z OBJAWAMI

Nie poprawiało się, więc zaczęłam walczyć na własną rękę (nadal myśląc, że uwalniam prawdziwą wiarę w uzdrowienie, które Jezus zagwarantował mi przez krzyż i zmartwychwstanie). W tym czasie zaczęłam imać się wszystkich dostępnych sposobów: maści na obrzęki, liście kapusty, okłady z sody i wyznawanie, że moje tkanki są całe i zdrowe. Nadal zerkałam w lustro w oczekiwaniu poprawy. Wydawało mi się, że wierzę - wypowiadam przecież słowa życia, ogłaszam uzdrowienie… Jednak jeszcze wtedy spodziewałam się go w przyszłości, a to nie jest wiara, ale nadzieja. Wiara jest pewna tego, że już ma. Nadzieja zawsze spodziewa się efektów w przyszłości.

„Bo wiara jest pewnością tego, czego jeszcze nie widać.”

POTRZEBNA NATYCHMIASTOWA OPERACJA

Pod koniec 3 tygodnia zwolnienia lekarskiego postanowiłam pójść do chirurga miękkiego na badanie USG. Gdy weszłam do gabinetu, lekarz miał taką minę, jakby zobaczył zombie. Autentycznie przerażony moim wyglądem podjął próbę zbadania guza. W tamtym momencie nie było już żadnego obrzęku a wylewy zdążyły już przejść przez wszystkie kolory od purpury i sinego fioletu po żółto-zielone ślady. To, co miałam na twarzy, to był ustrukturyzowany, dość twardy guz wielkości niemalże piłki do tenisa. Na wierzchu naciągnięta mocno skóra wykazywała symptomy martwicy – nie miałam już czucia. Jednak sam guz był bolesny i powodował uczucie stałego ucisku. Po tym badaniu lekarz wypisał mi skierowanie na natychmiastową operację, mówiąc, że taka struktura nie wchłonie się na pewno a ze względu na umiejscowienie, może stanowić zagrożenie życia. Wyszłam z gabinetu z tą diagnozą i mętlikiem w głowie. Wiedziałam jedno: skoro Jezus mnie uzdrowił, to nie mogę pójść na operację. To byłoby zaprzeczenie wszystkiemu, w co wierzę. Jednocześnie nadal planowałam ratować się po swojemu - chciałam jechać do innego chirurga, który specjalizował się w wyprowadzaniu z kontuzji zawodników MMA. Ostatecznie nie dojechałam tam.

DOTARŁAM DO PUNKTU WIARY

Była środa 25 stycznia 2023 r. Weszłam do łazienki. Zaglądając sobie głęboko w oczy w lustrze, podjęłam decyzję. Nie zawrócę z tego, co wyznawałam do tej pory. Nie wycofam się. Wiedziałam jednak, że to za mało. Że nie mogę wciąż zerkać do lusterka i dopatrywać się poprawy. Muszę zdobyć pewność. I choć atakowały mnie lęki, a wśród myśli krążyło jak sęp zwątpienie, wypowiedziałam po raz kolejny słowa: „Nie umrę, ale będę żyć i opowiadać będę dzieła Pana!” Wiedziałam, że nie mogę zostać w tym miejscu, gdzie moje usta mówią jedno a emocje krzyczą co innego. Muszę doprowadzić się do jedności myśli i zdania. Tę noc spędziłam modląc się językami i ogłaszając obietnice dotyczące uzdrowienia. Chwyciłam się tego desperacko, jakby od tego zależało moje życie. Tak naprawdę, tak się właśnie wtedy czułam. Czułam, że balansuję na krawędzi. Kolejnego dnia napisałam sms-a do Artura: „Wczoraj podjęłam decyzję, że nie idę do szpitala, bo nie dotyczy mnie żadna konsekwencja mojego upadku. Nie będę polegać na ludzkich wysiłkach łagodzenia konsekwencji, które są bezprawnie. Mój policzek jest zdrowy.” „Amen” – dostałam w odpowiedzi. To był początek drogi. Przez kolejne 2 doby modliłam się językami i proklamowałam uzdrowienie. Nagrywałam sobie te modlitwy i gdy zmęczona kładłam się na chwilę spać, włączałam to nagranie. Gdy się budziłam, znowu wracałam do wypowiadania słów życia. W trzeciej dobie dostałam sms od Artura: „Wiem, że Twoja wiara wystarczy.” To była sobota.

NIE OBCHODZI MNIE, CZY SIĘ ZMNIEJSZA

W niedzielę rano, przed wyjściem na spotkanie kościoła, ustawiłam sobie na tapecie telefonu i wygaszaczu ekranu swoje zdjęcie sprzed wypadku. Postanowiłam, że od tej pory nie będę się przeglądać, a jedynie patrzeć na telefon. Pochowałam wszystkie kremy i maści. Nie miałam zamiaru nawet smarować czymkolwiek skóry na tym guzie. Skoro uznałam, że nie dotyczy mnie błąd, czyli upadek, to nie zamierzałam też walczyć z jego konsekwencjami. Postanowiłam nie maskować guza żadnym makijażem, co wcześniej robiłam, gdy np. wychodziłam na ewangelizację. Najtrudniej było z ludźmi. „O! Już wygląda lepiej” „Widzę, że się trochę zmniejszyło” – te i inne słowa „pocieszenia” i „otuchy” próbowały kierować mój umysł na to, co widać, słychać i czuć. Dlatego, tej niedzieli wyszłam na scenę i powiedziałam, że nie obchodzi mnie, czy ten guz się widocznie zmniejsza, czy nie, bo on mnie nie dotyczy, a ja nie patrzę na to co widzialne, ale na fakty. A fakty są takie, że Jezus upadł i wziął wszystkie konsekwencje tego upadku na siebie, pogrzebał je i zmartwychwstał. Wszystko jest załatwione.

ZDOBYŁAM PEWNOŚĆ

Zgodziłam się z tym, że moje uzdrowienie jest faktem dokonanym. Codziennie kierowałam swój umysł na krótkie wyznanie, które spisałam sobie na małej karteczce: „Jestem zupełnie zdrowa, bo Jezus wziął na siebie mój upadek i wszystkie jego konsekwencje: zbicie, obrzęk, krwiak, skrzepy, zasinienie, odrętwienie, naciągnięcie. Mnie to nie dotyczy!” To ostatnie nie było już próbą wyparcia (jak to było na początku mojej drogi), ale konsekwencją głębokiego zrozumienia i wręcz doświadczenia tego, że naprawdę Jezus wykonał pełen „obrót”, zamknął w swoim ciele cały proces destrukcji związanej z tym upadkiem i guzem. Zaczęłam odpoczywać w pewności tego, co się stało. Jego słowa „Wykonało się” nabrały dla mnie nowego, znacznie głębszego sensu. Nie czekałam już na efekty, wiedziałam, że mam a wszystko (nawet upływ czasu) jest mi ku dobremu. Oczywiście fizycznie doświadczałam różnych doznań. Nadal nie miałam czucia, ale przytulałam mojego kota to policzka i mówiłam jaki jest milutki. Gdy kładłam się spać na lewym boku, czułam bolesny ucisk, ale i tak to robiłam. Nie pozwoliłam sobie na narzekanie czy użalanie się, choć kusiło, żeby wypłakać się Sławkowi. Mimo mrozu chodziłam na ewangelizacje, choć przemrażało mi policzek a potem kilka godzin czułam w nim pulsowanie. Wiara jest pewnością tego, czego nie widać. A ja już miałam tę pewność.

RADOŚĆ ZE ZWYCIĘSTWA

W efekcie tego, gdy jeszcze dla obserwatorów z zewnątrz wszystko było po staremu, ja już cieszyłam się ze zwycięstwa. Nie musiałam czekać na manifestację i nie czekałam na nią. Dlatego nawet nie mogę tu wskazać daty, gdy guz przestał być widoczny na mojej twarzy. Jednak zniknął, bo nie mogło stać się inaczej, skoro 2000 lat temu śmierć została pochłonięta w zwycięstwie. A to, że to trwało jakiś czas, nie ma zupełnie znaczenia. Zwykle myśląc o manifestacji uzdrowienia, chcemy natychmiastowych efektów, a jeśli nie widzimy od razu rezultatów, podważamy zwycięstwo Jezusa nad śmiercią. Tymczasem postawa „nie uwierzę, dopóki nie zobaczę” jest przeciwna mechanizmowi wiary. Gdy z taką postawą wyznawałam, że jestem uzdrowiona, nic się nie działo. Mamy jednak wskazówkę „Uwierzyłem, przeto powiedziałem”. Wyznanie powinno wypływać z pewności a nie z rozchwiania. A o pewność trzeba zawalczyć. Potem, gdy ją już masz i odpoczywasz w niej, zaczyna działać kolejna zasada: „Królestwo Boże przychodzi niedostrzegalnie”. Tak właśnie przyszła manifestacja mojego uzdrowienia, które wykonało się z chwilą zwycięstwa Jezusa nad śmiercią. Wejściem w rzeczywistość Królestwa był moment, gdy stanęłam w pewności i zdecydowałam się nie patrzyć na to, co zewnętrzne.

Nina Księżopolska


JEŚLI POTRZEBUJESZ UZDROWIENIA

Jeśli dziś zmagasz się z jakąś chorobą, dysfunkcją czy brakiem, zastosuj to, co opisałam w tym świadectwie. Skorzystaj z pomocy, które znajdziesz na tej stronie.

Po pierwsze zbuduj pewność i zaufanie do tego, co Jezus zrobił dla ciebie przez swoją śmierć i zmartwychwstanie – tu znajdziesz materiały, które ci w tym pomogą:

Po drugie zastosuj obietnice Boże adekwatne do problemu, który cię dotyka tu znajdziesz proklamacje na różne sytuacje – choroby, samotności, lęku, biedy, poniżenia, odrzucenia:

Po trzecie, jeśli wiesz, że problem ma głębsze podłoże i wymaga nie tylko zmiany myślenia ale też najpierw uwolnienia od bytów, które blokują twój rozwój, wejdź tutaj: